niedziela, 14 lutego 2016

Kacper Radwański: Wierzę, że będziemy grać coraz lepiej!

Mimo, że GTK Gliwice w pierwszej lidze nie odgrywa pierwszoplanowej roli, to pojawiła się nadzieja na poprawę pozycji, zwłaszcza po dwóch ostatnich zwycięstwach. Kacper Radwański, koszykarz GTK Gliwice  zdradził wmeritum.pl jaka panuje atmosfera w drużynie, jakim trenerem jest Paweł Turkiewicz oraz podsumował swoją dyspozycję. 
Karolina Snowarska: W ostatnich trzech meczach odnieśliście dwa zwycięstwa. Jaka jest atmosfera w drużynie, jest lepiej?
Kacper Radwański: Dwa ostatnie zwycięstwa nas trochę rozluźniły. To prawda, że  atmosfera w drużynie jest lepsza, uwierzyliśmy, że potrafimy odnosić zwycięstwa i mamy nadzieję, że pójdziemy za ciosem.
K.S.: Jak wytłumaczy Pan te zwycięstwa przed własną publicznością? Kibice pomagają i dodają motywacji?
K.R.: Na pewno mecze przed swoją publicznością dodają tak zwanego „powera”. Nasz parkiet powinien być naszym atutem i tu powinniśmy wygrywać większość meczy.
K.S.: Seria porażek jednak była dosyć długa, co wtedy robicie, czy staracie się zachować zimną krew i przemyśleć i wyciągnąć wnioski? Bo chyba szybkie i nieprzemyślane działania nie są pożądane?
K.R.: Jeszcze bardziej, ciężej trenujemy. Siedząc i nic nie robiąc nie poprawimy naszej gry. Jak widać ciężkie treningi przyniosły efekt w postaci zwycięstw i przełamania.
K.S.: Nie ma Pan wrażenia, że w części meczy rywale bardziej skupiają się na Panu, co skutkuje słabszą momentami grą?
K.R.: Być może,  ale tak naprawdę są to spekulacje. Musiałaby Pani zapytać się o to drużyny przeciwnej, aby poznać ich przedmeczowe założenia.
K.S.: Jak może Pan ocenić pracę Pawła Turkiewicza? Jakim jest człowiekiem, jak spisuje się w roli selekcjonera?
K.R: Osobiście jestem zadowolony ze współpracy z Trenerem Turkiewiczem. Cały czas chcę się uczyć koszykarskiego rzemiosła, a Trener Turkiewicz ma obszerną wiedzę na ten temat, którą nam przekazuje.
K.S.:  Czy myśli Pan, że możecie poprawić swoją lokatę w grupie? Stać Was na to, macie motywację i siłę, by tego dokonać?
K.R.: Oczywiście, ze nas na to stać i motywacja jest ogromna. Do każdego meczu podchodzimy na 100% i wierzymy, że go wygramy.
Rozmowę przeprowadziła Karolina Snowarska

Niewiarygodne zwycięstwo Therese Johaug! Justyna Kowalczyk w „10”!

Therese Johaug po raz kolejny pokazała, że jest prawdziwą królową najdłuższego dystansu w narciarskiej karuzeli Pucharu Świata. Norweżka od razu po strzale startera ruszyła bardzo mocno i konsekwentnie powiększała przewagę nad rywalkami. Dla Polski również zaświeciło słońce – Justyna Kowalczyk pobiegła bardzo dobrze, cały czas plasowała się w ścisłej czołówce, a ostatecznie zajęła 10. miejsce.
Niedzielna wygrana Johaug zapewne zapadnie nam w pamięci na co najmniej kilka lat. Nie przypominam sobie takiej trzydziestki, w której już od pierwszego kilometra zawodniczka zyskiwałaby przewagę nad resztą stawki, a tym bardziej trudno jest pojąć olbrzymią przewagę, jaką Therese osiągnęła na mecie. To deklasacja, inna liga! Ale to tych słów w kontekście Norweżki już się przyzwyczailiśmy. To nie jest żadna nowość ani niespodzianka, że dzisiaj filigranowa biegaczka dokonała rzeczy niesamowitej – wygrała  w swoim Oslo, przed swoimi kibicami i królem Norwegii, który osobiście złożył gratulacje królowej królewskiego dystansu. Bukmacherzy przed dzisiejszym biegiem nawet nie przyjmowali zakładów, że dzisiaj wygra Therese, bo to była czysta oczywistość. Wiedziałam, że Johaug od samego startu narzuci tempo, które tylko ona będzie w stanie wytrzymać, ale że zrobiła to w tak krótkim czasie, doprawdy czapki z głów. A jeszcze na większy podziw zasługuje fakt, że po minięciu linii mety Norweżka nawet nie upadła, zdjęła narty, pomachała do kibiców i poszła udzielić wywiadu. Na jej twarzy nie było widać zmęczenia, a w końcu narciarki miały  do pokonania 30 km…
Jako druga linię mety przekroczyła reprezentantka kraju fiordów – i tutaj można być zaskoczonym. Ingvild Flugstad Oestberg – to nazwisko zapewne coraz częściej będzie pojawiało się w mediach. Ta zawodniczka do tej pory była kojarzona przede wszystkim ze sprintami, co ona musiała zrobić w lato, aby dzisiaj na 30 km stanąć na podium. Musiała przede wszystkim bardzo mocno pracować – w tamtym roku taki wynik byłby nieosiągalny, a dzisiaj spełniła swój cel i pokazała, że będzie godną następczynią Marit Bjoergen, która teraz zajmuje wychowywaniem synka. Biorąc pod uwagę Oestberg i Bjoergen, można doszukiwać się wielu podobieństw – fenomenalne narciarki mają bardzo podobną technikę biegu, a i budowa ciała jest niemal taka sama.
Podium uzupełniła świetnie biegnąca Anne Kylloenen – jest to pewna niespodzianka, to najlepszy sukces tej fińskiej biegaczki w karierze. Jednak takie „nowości” bardzo cieszą, przynajmniej „pudło” nie jest całe czerwone.
Teraz Justyna Kowalczyk – dzisiaj z czystym sumieniem możemy ją pochwalić. Biegła z numerem 18, nie przedzierała się do przodu gwałtownie, a małymi kroczkami i to przyniosło zdecydowany efekt. Polka rozegrała bieg bardzo mądrze taktycznie, nie zakwasiła mięśni i wytrzymała cały morderczy dystans. To na pewno efekt maratonów, widać było, że Justyna ma lepszą wytrzymałość niż jeszcze kilka biegów temu. Ale przecież taki jest cel maratonów, by na igrzyskach olimpijskich w Korei na 30 km było pięknie. Niedzielny bieg na 30 km w Oslo-Holmenkollen był bardzo ważnym startem dla Kowalczyk – Justyna mówiła o tym jeszcze w trakcie okresu przygotowawczego. Myślę, a wręcz jestem przekonana, że dzisiaj Polka może zdecydowanie powiedzieć, że „30” w Norwegii była najlepszym startem w tym sezonie. Takie biegi cieszą, mimo iż nie ma podium dla reprezentantki Polski, ale widać, że klasyczna forma rośnie. Była szansa powalczyć o 6. miejsce, ale myślę, że nie ma sensu myśleć w tych kategoriach, a cieszmy się tym, co dzisiaj pokazała Justyna Kowalczyk. Bo pokazała naprawdę dobrą formę, dobry start i dała dzisiejszym biegiem jakąś nadzieję, że może kiedyś wróci do tej swojej najwyższej dyspozycji…

AARON CEL: KIBICUJĘ STELMETOWI, Z POLSKI MAM DOBRE WSPOMNIENIA! [WYWIAD]

O Aaronie w ostatnim czasie jest bardzo głośno, ale jak najbardziej zasłużenie. Koszykarz w nowym, francuskim klubie spisuje się na medal. Jednak pomimo wyjazdu do trójkolorowych, Aaron Cel wciąż bardzo miło wspomina kolegów z byłego klubu – Stelmetu Zielona Góra. W wywiadzie przeprowadzonym przez pubsport.pl Aaron Cel opowiada o zaaklimatyzowaniu się we Francji, swoich odczuciach oraz porównuje ligę polską i francuską. 
Karolina Snowarska: Ostatnio w mediach jest o Tobie bardzo głośno. Czytałam wiele artykułów i wszystkie bardzo pozytywnie się o Tobie wypowiadają. Jak Ty czujesz się z tą sytuacją? Co sobie myślisz, kiedy natrafisz na artykuł „Zachwycający Aaron Cel”?
Aaron Cel: Wiadomo, że zawsze jest to przyjemne uczucie, kiedy ludzie wypowiadają się o nas w samych superlatywach. Ale nie gram w koszykówkę dla tych wszystkich pochwał, artykułów itd, dla mnie najważniejsza jest dobra gra i zwycięstwo.
K.S.: Na początku Twojego pobytu w drużynie nie spędzałeś zbyt wielu minut na parkiecie. Czy trudno było Ci się pogodzić z decyzją trenera, czy jednak ją rozumiałeś?
A.C.: Na początku miałem bardzo pod górkę, przed podpisaniem kontraktu trener obiecywał, że będę miał wielką szansę na rozwój, że będzie mi pozwalał na grę. Jednak na początku tak nie było i miałem pewne pretensje, czułem żal. Jednak nie poddałem się i na każdym z treningów dawałem z siebie wszystko – to szybko zaprocentowało. Na samym początku spędzałem na parkiecie na prawdę niewiele czasu, ale teraz gram w meczach już prawie 20 minut, co nie jest jeszcze nadzwyczajną wiadomością, ale cieszę się, że jest lepiej. Mogę przynajmniej już pokazać to, co potrafię.
K.S.: Jak podoba Ci się we Francji, służy Ci tutejszy klimat?
A.C.: We Francji mi się podoba – znam ten kraj, bo tutaj się urodziłem i spędziłem tutaj sporo czasu. A czy klimat mi służy? Nie wiem, ale chyba bardziej odpowiada mi polski klimat (śmiech)
K.S.: Jak wygląda sytuacja w drużynie, jak podoba Ci się atmosfera, czy trudno było się zaaklimatyzować?
A.C.: Sytuacja w drużynie jest idealna, moim zdaniem każdy gracz chciałby grać dla takiego klubu. Atmosfera jest fajna, a dodatkowo polepsza ją passa zwycięstw.
K.S.: W jakim języku porozumiewasz się z kolegami? Rozmawiacie głównie po angielsku, czy są też zawodnicy z którymi możesz porozmawiać po francusku?
A.C.: W drużynie różnie bywa: trochę po angielsku, trochę po francusku. A jak coś mi nie pasuje, to mówię sam do siebie po polsku (śmiech)
K.S.: Jak mógłbyś porównać ligę polską i ligę francuską? Widać jakąś różnicę?
A.C.: Tak, to są dwie  różne ligi. Liga francuska jest lepsza, bardziej atletyczna, szybsza i bardziej szalona… W Polsce wolniej się gra, jest mniej drużyn na poziomie europejskim.
K.S.: Czy nie żałujesz decyzji o przenosinach do Francji?
A.C.: Nie żałuję, w Polsce wygrałem wszystko, co było do zdobycia. Osobiście też sporo osiągnąłem, więc był już czas na zmianę otoczenia. Miałem wiele propozycji: z Włoch, Niemczech i bardzo kuszącą z Monako oraz oczywiście z Francji. Jednak postanowiłem podpisać kontrakt z francuskim klubem, ponieważ znam już ten kraj i nie żałuję, że podjąłem taką decyzję.
K.S.: Czy interesuje Cię jeszcze los byłego klubu? Wracasz jeszcze myślami do Zielonej Góry?
A.C.: Śledzę PLK co tydzień, oczywiście śledzę też poczynania Zielonej Góry w Pucharze Europy. Mam nadzieję, że w czerwcu uda mi się pojechać do Polski na jakiś mecz finałowy.
K.S.: Masz jakiś kontakt z kolegami z Polski?
A.C.: Tak, z niektórymi koszykarzami mam bardzo dobry kontakt. Podczas pobytu w Polsce zaprzyjaźniłem się z 3,4 zawodnikami, więc jak najbardziej staram się z nimi utrzymywać kontakt.
Wywiad przeprowadziła Karolina Snowarska

EMIL DOBROWOLSKI RADZI JAK ZACZĄĆ BIEGAĆ I OPOWIADA O KULISACH LEKKOATLETYKI [WYWIAD]

Karolina Snowarska: Zacznę naszą rozmowę od pytania standardowego, ale bardzo ciekawego. Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sportem?
Emil Dobrowolski: W czwartej klasie podstawówki poszedłem do szkoły sportowej, gdzie zaczynałem trening pod pięciobój nowoczesny. Pływanie nie szło mi zbyt dobrze, więc przeniosłem się na biathlon letni. Brak możliwości rozwoju w tym sporcie i coraz lepsze wyniki w bieganiu skłoniły mnie na początku studiów do udania się do profesjonalnego trenera lekkoatletycznego i tak się to wszystko zaczęło.
K.S.: Jakie dystanse zatem lubisz najbardziej pokonywać?
E.D.: Moim koronnym dystansem jest maraton. To tu osiągałem swoje największe sukcesy i wynik mam porównywalnie lepszy niż na krótszych biegach. Niestety ten dystans można biegać dwa, góra trzy razy w roku dlatego częściej startuje na 5-10km i w półmaratonie.
K.S.: Jesteś już bardzo doświadczonym maratończykiem, co więc możesz radzić dopiero zaczynającym, początkującym..?
E.D.: Najważniejsza w treningu maratońskim jest systematyczność. Warto mieć też poukładany trening, stosować siłę biegową, robić dużo sprawności czy treningów interwałowych. Wielu początkujących wychodzi pobiegać na określony czas pomijając wspomniane elementy treningu. Najlepiej udać się do trenera albo bardziej doświadczonego biegacza po rady.
K.S.: Życie sportowca jest ciężkie, bo kosztuje sporo wyrzeczeń. Jak radzisz sobie z wyjazdami na obozy i życiem na walizkach?
E.D.: Ja się do tego po prostu przyzwyczaiłem. Już od najmłodszych lat jeżdżę na obozy i zawody. Teraz chyba dziwnie bym się czuł siedząc cały czas w domu. Dzięki temu zwiedziłem prawie całą Polskę i część świata.
K.S.: Co masz jeszcze do poprawy w swojej technice?
E.D.: Cały czas pracuję nad techniką biegu. Do poprawy jest praca rąk, powinienem biegać trochę krótszym krokiem, bo mój krok nie jest do końca ekonomiczny, czasem też zostawiam biodra z tyłu co powoduje mniejszy wyrzut podudzia.
K.S.: Jakie masz najbliższe plany? Gdzie kolejny start?
E.D.: Obecnie przebywam na obozie w USA. Planuję wystartować półmaraton w Nowym Orleanie, a po powrocie Maniacką Dziesiątkę w Poznaniu i maraton w Wiedniu, który będzie najważniejszym startem tej części sezonu i próbą osiągnięcia minimum olimpijskiego.
K.S.: Czego moglibyśmy życzyć?
E.D.: Powodzenia w Wiedniu i przede wszystkim zdrowia.
Rozmowę przeprowadziła Karolina Snowarska